Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Ostatni taki kwartet

To co się dzieje w Vegas, zostaje w Vegas. Nic więc dziwnego ze czterej przyjaciele z podwórka wybrali Las Vegas jako miejsce gdzie będą celebrować wieczór kawalerski Billy'ego.
Coś jakby deja-vu. Czyżby ten motyw już gdzieś był grany? Był.
Czego można się spodziewać po wieczorze kawalerskim w Vegas to już mniej więcej znamy z serii, póki co, kończącej się numerem 3. Tu natomiast mamy do czynienia z rodzajem sequela, czyli prawie to samo 40 lat później, bo Billy postanowił się ustatkować dobiegając siedemdziesiątki, jego przyjaciele również mają już za sobą wiele. Celowo nie chcę pisać "najlepsze lata życia", bo przecież postanowili pokazać wszystkim: światu, dziewczynom że jeszcze mają to coś, ze jeszcze potrafią.
I tu zaskoczenie, zamiast żenującego ciągu porażek, pomyłek, zawodów i upadków starszych panów chcących zaszaleć na przekór upływającym latom, czego wszak, można by się spodziewać, dostajemy film smaczny, momentami uroczy, w dobrym stylu, zabawny, wywołujący na sali salwy niewymuszonego śmiechu i to wcale nie z powodu gagów w rodzaju poślizgu na bananie czy lądowania twarzą w torcie.
Oczywiście film jest w 100% hollywoodzki, mamy zatem i przewidywalną fabułę, i wątek miłosny naiwny jak z dziecięcej bajki, i tanie moralizatorstwo i element porozumienia w rodzinie. Ale to nie razi. Bo to sympatyczne, niezbyt wymagające, rozrywkowe kino.
Ten film nie przejdzie do historii to pewne, ale daje 2 godziny przyzwoitej rozrywki, a to już coś.
Oczywiście z perspektywy coraz starszego pana.

niedziela, 11 listopada 2012

Niebo nie spada na głowę

Uważałem Bonda, w wydaniu Daniela Craiga, za najgorszego z Bondów (może poza kreowanym przez George'a Lazenby). Niby nie jego wina, gra najlepiej jak umie, tyle, że postać została odarta z magii, uroku i charyzmy przez scenarzystów. No bo jak tu zachwycać się Bondem któremu, (przepraszam za kolokwializm) obijają ryja jacyś leszcze; albo któremu wszystko jedno czy martini będzie wstrząśnięte czy zmieszane, i który nie dysponuje żadnymi gadżetami. Takich agentów jest mnóstwo, jakbym chciał oglądać spoconego silnorękiego prostaczka to oglądałbym np. Johna Rambo.
Z dużą obawą zatem poszedłem obejrzeć Skyfall - myślałem ze tym razem niebo zwali mi się na głowę czyli że przeżyję najgorszy kataklizm, którego obawiają się nawet nieustraszeni Galowie,  wiecie z której wioski (alternatywnie rozważałem pójście na "W służbie Jej Królewskiej Mości"). Co gorsza, zaraz na początku filmu pojawia się scena, jakby wycięta z poprzednich części, na rękawie marynarki Bonda brakuje jednego guzika, straszne niedopatrzenie, prawdziwy Bond nie wyszedłby tak ubrany z hotelu. Widok ten pozbawił mnie nadziei na dobry film.

Co prawda chwile potem akcja ruszyła z kopyta i przez dłuższą chwilę można się było napawać sceną pościgu motocyklowego, ale nie jakiegoś zwyczajnego, brawurowy pościg w stylu Bonda z udziałem złego oraz atrakcyjnej dziewczyny. Postaram się oszczędzić spoilerów, ale muszę powiedzieć ze pomysł ścigania się motocyklami po dachu Wielkiego Bazaru w Istambule jest pierwsza klasa, tym bardziej że na tym dachu pościg się nie kończy.
Niestety pościg kończy się w sposób niefortunny i brakło, chyba nawet scenarzystom, pomysłu co dalej, więc choć potem akcja filmu nawiązuje do tego pościgu to pozostaje w narracji bolesna luka niewypełniona żadnym, nawet najbardziej nieprawdopodobnym, wyjaśnieniem. Na szczęście można się potem od tego oderwać, gdyż nowy Bond, staje się jakby starym. Wraca sarkastyczne poczucie humoru, wraca cynizm, nonszalancja, błyskotliwe riposty. Wraca stary dobry Aston Martin DB5, który przydaje się w chwili prawdziwej potrzeby. Pojawia się nowy Q i w związku z tym wracają gadżety, są żenujące jak nowy Q ale jednak są.
Wraca ........, nie nie napiszę kto jeszcze wraca, bo to byłby już gruby spoiler, ale chyba nic nie stoi ma przeszkodzie żeby powiedzieć, że wraca panna Monypenny. Wraca moja wiara w Bonda i już czekam aż Bond powróci.

niedziela, 20 maja 2012

Europa naprawdę zjednoczona

Czy jest coś co łączy Hiszpanię i Rosję, jakiś wspólny element, pierwiastek lub historia. Trudno mi coś takiego znaleźć. W czasie gdy w wieku XIV Hiszpania władała połową świata, w Rosji panowała wielka smuta, potem gdy rosła potęga carskiego imperium Hiszpania stała się niewiele znaczącym krajem na krańcu Europy. Efekt wojny domowej był w tych krajach odwrotny. Również w czasie Drugiej Wojny kraje stały po przeciwnych stronach barykady.
Hiszpania kojarzy się ze słońcem, upałem, winem, corridą i "fiesta, siesta i manana" a Rosja - mróz, zima, wódka i zsyłka. Przeciwieństwa. A przeciwieństwa się przyciągają.
Od pierwszych sekund filmu widać, że bohaterki są przeciwnymi elementami, niska brunetka i wysoka blondynka, doświadczona iberyjka i młoda słowianka. Różnicę słychać nawet w akcencie. I pewnie dlatego uwiedzenie Nataszy zajmuje Albie kilka minut. Trafiają do hotelowego pokoju, w którym toczy się cała akcja filmu. Akcja, która wygląda, jak realizacja męskich fantazji. Dwie młode lesbijki i kelner który usiłuje się do nich dołączyć (na szczęście nieskutecznie). Scenariusz, prawie jak, z soft-porno. Tym bardziej ze dziewczyny raz-dwa zrzucają ciuszki i zaczynają "akcję".
Sceny erotyczne przeplatane są rozmowami, w których, w zamiarze autorów, nawzajem się uwodzą. Ja miałem jednak wrażenie że te rozmowy to rozpaczliwe próby znalezienia czegoś wspólnego, co mogłoby je połączyć, czegoś więcej niż seksualnej fascynacji odmiennością oraz zakazanym owocem homoseksualności. Obopólna nieszczerość za którą obie skrywają swoje prawdziwe historie nie ułatwia im zadania, więc nic dziwnego, ze szybko wracają do czynności które sprawiają przyjemność bez konieczności porozumienia. Gdy wreszcie nad ranem udaje im się poznać nawzajem swoje prawdziwe twarze okazuje się nic ich tak naprawdę nie łączy, że rozstaną się, choć na zawsze uniosą wspomnienia tej nocy.
Widać nieszczerość, kłamstwa, oszustwa nie ułatwiają zbudowania związku, nawet homoseksualnego i sam pociąg fizyczny to za mało, nawet jeśli pozwala na spędzenie niezapomnianej nocy.

Room in Rome [2010]
http://www.imdb.com/title/tt1263750/

niedziela, 15 stycznia 2012

Kopanie gniazda szerszeni

Od dawna uważałem, że ekranizacje książek powinny być zakazane. Książka i film mają zupełnie inną dynamikę percepcji, tempo narracji. Mówi się, że obraz to więcej niż 1000 słów, ale z drugiej strony obrazem trudno jest przedstawić to, co wewnętrzne: emocje, rozterki, wzruszenia, obawy, myśli oraz ich ewolucję. Dlatego przeniesienie książki na ekran jest trudne samo w sobie. A do tego dochodzą jeszcze ambicje scenarzystów, reżyserów, producentów i areszcie aktorów, którzy najczęściej posuwają się w interpretacji za daleko. Ewentualnie może się okazać, że talent interpretatorów nie dorasta do poziomu dzieła interpretowanego.
Moje przekonanie zostało nieco zachwiane gdy obejrzałem Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Film, w miarę wiernie oddaje książkę, nie pomija żadnego z istotnych wątków oryginału, trzyma się fabuły książkowej nawet kosztem dość wolnego startu filmu. Oczywiście zabiera możliwość wyobrażenia sobie bohaterów, ale muszę przyznać, że obsada jest wręcz doskonale dopasowana do książkowego oryginału.
Ponieważ właśnie wchodzi na ekrany hollywoodzka wersja, postanowiłem obejrzeć w ten weekend trylogię do końca. Sięgnąłem więc po Millennium: Dziewczyna, która igrała z ogniem wczorajszego wieczora i przekonałem się, że tylko pierwsza część trylogii jest dobrą ekranizacją. Najważniejszy wątek drugiej części książki został potraktowany jedynie jako tło, został zmarginalizowany, wręcz pominięty. A była to sprawa ważna i istotna dla współczesnych społeczeństw. Wolną przestrzeń jaka pozostała po głównym wątku wypełniła fabuła początku trzeciej części.
Nie chcę tu teraz rozwijać sprawy trzeciej części książki, bo mam do niej stosunek dość krytyczny, autor zanadto dał się ponieść fantazji, choć w warstwie political-fiction książka jest OK a trzecia część filmowej wersji dość dobrze ją oddaje.
Może należy uznać, że nadanie angielskiego tytułu trzeciej części "The Girl Who Kicked the Hornet's Nest" zupełnie oderwanego od tytułu szwedzkiego oryginału było dobrym pomysłem.
Ja w każdym razie upewniłem się, że należy czytać książki lub oglądać filmy, ale nie należy robić jednego i drugiego. Jeśli czytałeś Millennium, nie oglądaj filmu, a jeśli film ci się spodobał, nie psuj sobie wrażenia czytaniem. Ostrzegam.

czwartek, 5 stycznia 2012

Jacyś inni

Zapowiadany jako komedia, nowy film Marka Koterskiego autora m. in Dnia świra i Wszyscy jesteśmy Chrystusami, miał być rozprawą z trudnym tematem relacji damsko-męskich, rolą płci we współczesnym świecie i tego typu bla bla bla w prasie, radio, telewizji i internecie. Wielka napinka a potem jeszcze większa klapa.
Wyszedł, chyba mimowolnie film drogi, ale nie ma co liczyć na film w typie MadMaxa, Bonni i Clyde czy Dzikości serca ani nawet Thelmy i Luise. Dwóch frustratów jedzie nocą wyliczając, chyba wszystkie stereotypy na temat kobiet i relacji damsko-męskich. Tak gęste ich nagromadzenie sugeruje mi, że to miała być satyra, wyszła jednocześnie cierpka i gorzka, ale nie rozumiem na co ta satyra. Zabawna składnia, którą posługuje się Drugi (R. Więckiewicz) jeszcze nie czyni z tego filmu komedii, choć jest to ciekawy, pomysłowy chwyt i doceniam staranie autora dialogów i aktora. Pomysł dobry ale to zdecydowanie za mało, żeby uratować ten film. Przez cały film roześmiałem się jeden raz, sala może 2-3 razy więc jeśli to miała być komedia to bardzo nieudana.
Może zatem miał to być film poważny, film rozliczeń - ale podejście do kwestii roli płci we współczesnym świecie pasowałoby do tytułów takich jak Bravo i Bravo Girl. Pokazanie nastolatki sikającej w męskiej toalecie to znów trochę za mało jak na film psychologiczny. Do tego przecież wszyscy wiedzą ze kobiety tego nie robią.
Serwis kinomaniak podaje ze budżet filmu wyniósł ponad 4,5 mln złotych, patrząc na efekt myślę, że produkcja kosztowała tą końcówkę za przecinkiem a 4 mln autor powinien rozdać widzom którzy obejrzeli tego gniota to końca. Końca przyznaję zaskakującego, końca godnego filmu drogi, ale wieńczącego film szczytem bezsensu i zerowej refleksji.
Rozczarowanie, nie dajcie się nabrać, szkoda nie tylko pieniędzy ale nawet czasu. Autor zapomniał, że najpierw jesteśmy ludźmi, a dopiero potem kobietami i mężczyznami.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Gwiazdy błyszczą, gwiazdy gasną

Burleska - musical pokazujący historię klubu w L.A. - można powiedzieć, ze typowy hollywoodzki musical, o fabule płaskiej jak lodowisko, schemat historii znany z tysięcy wzruszających filmów z happy-endem. Postaci archetypicznie typowe: wiadomo kto jest dobry choć szorstki, kto zły choć ujmujący, kto zdolny i ambitny choć skromny i niedoceniany.

Czy warto więc oglądać? Czy Burleska bardziej czaruje czy bardziej rozczarowuje? Czy jest coś co ten film ratuje?

Jest. Oglądając film sam sobie powiedziałem, że chciałbym w takim klubie posiedzieć, chciałbym obejrzeć ten show, bardziej uwodzicielski niż pornograficzny, chciałbym zwyczajnie pobyć w tej kabaretowej atmosferze, w atmosferze bardziej paryskiej niż vegaskiej. I to główny atut tego filmu, show toczący się w tle przerywający zasadniczy nurt fabuły (nie ciekawej, co podkreślam) jedynie tańcem i piosenkami.
Co w tym filmie zobaczą mężczyźni? Mężczyźni, to oczywiste, zobaczą stylowo rozebrane kobiety, tańczące energicznie i erotycznie i pewnie na niewiele więcej zwrócą uwagę.
Czy jest coś dla kobiet? Ciekawe układy taneczne, inspirujące stroje i dodatki, występujący w drugim planie przystojni mężczyźni. Ale z tymi mężczyznami jest pewien kłopot, bo są tam albo przystojniacy w typie macho ale będący gejami, albo heterycy pozujący na gejów. Któryż to już film, w którym wątek homoseksualny jest całkowicie po nic i wygląda tylko jak ukłon producenta czy reżysera w stronę środowisk gejowskich.

Jest jeszcze jeden element, symbol przepływającego czasu, dwie gwiazdy - Cher i Christina Aguilera. Odchodząca gwiazda coraz mniej widoczna w blasku wybuchających supernowych, szukająca swojej niszy w klubach o specyficznym klimacie. Żal się robi człowiekowi słuchającemu Cher na tle kreacji wokalnej Christiny. Odchodząca gwiazda potrafi jednak pokazać swoją klasę, i styl i moc. Na długo pozostają w pamięci dźwięki tanga - wiodącego tematu tego filmu.

W sumie film jednak czaruje.