Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lutego 2014

Czasem jeden klejnot wystarczy

Jestem fanem Wiedźmina, zaprzysięgłym, wręcz można powiedzieć wyznawcą. Ilekroć otwarłem jedną z książek, tyle razy kończyło się to przeczytaniem całego cyklu. Z przyjemnością wnikałem do świata Geralta, który to świat był wykreowany z niebywałą dbałością o szczegóły; od natury do polityki. Postaci zaludniające (ech ten ludzki punkt widzenia, niech będzie zaludniające i zanieludniające) były prawdziwe, posiadały wszystko co powinny: dusze, osobowości, ciała. Mimo obecności czarodziejów, strzyg, stworów z innych wymiarów, świat był namacalny, realistyczny, zgodny z fizyką.
Zapowiedź nowej książki o Wiedźminie wywołała u mnie niepokój, gdyż zakończenie sagi było w moim pojęciu ostateczne. Perspektywa ciągu dalszego budziła we mnie wstręt. Na szczęście plotki poprzedzające wejście do księgarń rozwiewały te obawy sugerując że to pre-quel. Przy pierwszej sposobności sięgnąłem zatem po Sezon burz, aby znów wniknąć w świat w którym można liczyć na ochronę ze strony Wiedźmina kierującego się kodeksem i poczuciem sprawiedliwości.
Książka nie zawodzi, pełna jest dworskich intryg, urzędniczych malwersacji, knowań czarodziejów, a w tym wszystkim nasz ulubiony Geralt zachowujący swój punkt widzenia i zasady etyczne mimo uwikłania w sytuacje groźne i wystawiające go na moralny czy fizyczny hazard. Geralt jak zwykle walczy z potworami, i ludźmi przeciw niemoralności, staje w obronie słabych, uwodzi czarodziejki, jest takim jakim go znamy z wcześniejszych książek. Ale jednak nie potrafię tej historii przyjąć jako integralnej części "poprzedniego" Wiedźmina. Nazbyt często mam wrażenie dysonansu i niespójności chronologicznej.
Okazało się, że to nie do końca jest pre-quel raczej, można powiedzieć, że to in-quel czy sub-quel. Teoretycznie fabuła dotyczy czasu sprzed pojawienia się Wiedźmina w Wyzimie, ale pewne sytuacje, relacje wskazują, że wątki z Ostatniego życzenia czy Miecza przeznaczenia wydarzyły się wcześniej.
Dotychczasowe zbiory opowiadań splatały się, przenikały i wynikały z siebie jak korzenie tworząc w końcu pień wiedźmińskiego drzewa z którego niczym konary rozwijały się wątki Sagi. A Sezon burz sprawia wrażenie bluszczu, którego korzenie przecinają się z korzeniami tego drzewa, wspinają się po jego pniu, ale jednak nie zrastają się w całość. Bluszcz nie jest pasożytem szkodzącym drzewu, nie szpeci go, jakoś nawet go upiększa, ale to bluszcz a nie uprzednio wyrosły dąb historii o Wiedźminie.
Pewno jeszcze nie raz wrócę do Wiedźmina czytając wszystkie siedem części, siedem poprzednich części, Sezon burz będzie dla mnie wątkiem całkowicie obocznym.
Aby nie tworzyć ostatnim zdaniem wrażenia niezadowolenia z lektury muszę wspomnieć o prawdziwej perełce, Jaskrowej balladzie, która urzekła mnie niebywale, na tyle że chętnie bym ją tu zamieścił w całości, ale żeby uniknąć pozwu ze strony Jaskra, tylko jedna zwrotka:

Pamięć przebytych dróg i tras
Zostanie w nas nieodwołalnie
Choć płyną dni
Choć mija czas
W ciszy i niezauważalnie
Jaskier, Jak mija czas

wtorek, 28 maja 2013

Królowa niech nie przypływa

Jutro przypłynie królowa - Maciej WasielewskiPitcairn - mały skrawek lądu, zagubiony w bezkresie południowego Pacyfiku, gdzieś w połowie dystansu między Peru a Nową Zelandią. Niewiarygodne, że powierzchnia 4,5 km kwadratowego udźwignęła tak wiele niegodziwości, nieprawości, zwyrodnienia, cierpienia, upokorzenia i odczłowieczenia. Najkrótszym i najcelniejszym podsumowaniem jest zdanie z recenzji umieszczonej na ostatniej stronie "Ta książka dotyka zła w taki sposób, że po jej przeczytaniu człowiek koniecznie i natychmiast chce zrobić coś dobrego".
Autor snuje swoją opowieść w sposób beznamiętny, chłodny, co potęguje niesamowitość całej historii i zmusza do osobistej analizy tego co się wydarzyło.
Poza oburzeniem, poruszeniem, gniewem i pragnieniem zemsty, które są całkowicie uzasadnione pojawiają się kolejne pytania i kwestie, wymagające zastanowienia i zmierzenia się z nimi wewnątrz.
A są to kwestie absolutnie zasadnicze: godność człowieka, moralność, etykę. Pytania o postawę wobec przemożnego zła, pytania o to ile można znieść i poświęcić aby przeżyć. Czy zemsta jest dobra czy zła? Co jest sprawiedliwe a co nie?
A potem wchodzimy w szczegóły: Co to jest wymiar sprawiedliwości? Czy humanistyczna sprawiedliwość XX wieku radzi sobie z tak pierwotnym złem w prymitywnym środowisku? Może lepiej się sprawdza kodeks Hammurabiego? Czym jest kara? Czy kara dla sprawcy może szkodzić ofierze?
Trudne pytania a odpowiedzi po lekturze są jeszcze trudniejsze.
W każdym razie administracja Jej Królewskiej Mości nie poradziła sobie z wyzwaniem które rzuciła jej społeczność Pitcairn, lepiej żeby nie przybywała na wyspę, której i tak grozi wymarcie.

środa, 24 kwietnia 2013

Anches-en-pa-Aton

Królowa Słońce - Christian JacqKiedyś chciałem poczytać o Tutenchamonie, a poznałem historię Howarda Cartera i jego poszukiwań grobowca młodego faraona. Czyli pierwsze podejście spaliło na panewce. Ale nie zniechęcony, a wręcz zachęcony przez autora, postanowiłem sięgnąć powtórnie do jego książek o cywilizacji Egiptu i dowiedzieć się więcej o Tutenchamonie. Kim był człowiek, którego imię znamy do dziś, co takiego zrobił, co uczyniło jego imię nieśmiertelnym?
Tutenchaton okazuje się być młodym chłopcem rzuconym przez los w zamęt wielkiej międzynarodowej polityki, skrytych pałacowych intryg, pokomplikowanego prawa i tradycji a wszystko to w okresie dojrzewania i namiętnego zakochania w pięknej kobiecie.
I tak naprawdę, ta książka jest o niej, o tym kim była, jaka była, o jej planach, marzeniach, o jej ambicji i namiętności, o dumie i poświęceniu.
Historia, według autora, oparta jest na potwierdzonych faktach i fabularyzowana tylko na tyle, ile to konieczne, aby odtworzyć klimat Egiptu, aby urealnić postaci i utrzymać uwagę czytelnika. Zatem skoro to historia prawdziwa to narzuca się kilka wniosków.
Po pierwsze: podstawy funkcjonowania władzy państwowej nie zmieniły się istotnie od tysiącleci, są rządzący i rządzeni, są ludzie dzierżący władze faktyczną i ludzie wyłącznie noszący zewnętrzne znamiona władzy.
Po drugie: są ludzie, którzy dla zdobycia władzy i zaspokojenia własnych ambicji nie zawahają się uczynić podłości, zaryzykują dobro państwa i jego mieszkańców, zaryzykują wojnę, głód i rewolucję aby zasiąść na wymarzonym tronie.
Po trzecie: nie można być jednocześnie królem i normalnym człowiekiem, trzeba się zdecydować na jedno lub drugie i tego wyboru nie da się cofnąć.
Czyli można powiedzieć ze postęp w ciągu kilku tysiącleci odbył się wyłącznie w sferze technologii a społecznie i cywilizacyjnie niewiele się jako gatunek rozwinęliśmy.

Christian Jacq, Królowa Słońce

poniedziałek, 11 marca 2013

Zaskakująco ciekawa pomyłka

http://img.finta.pl/item_imgs/21bf851b36c245cffc01abcfcab511f9a729fd37.jpgNie przepadam za książkami biograficznymi, nawet biografii Jobsa nie czytałem, i pewno gdybym wiedział co się ukrywa za tytułem "Na tropie Tutenchamona" pewnie bym po niego nie sięgnął. Liczyłem, że znajdę się w świecie Hatszepsutów, Amenhotepów, faraonów, bogów i kapłanów. Chciałem ten starożytny świat poznać i zrozumieć.
Tymczasem  poznałem historię angielskiego chłopaka, który dzięki swojemu talentowi malarskiemu trafił do Egiptu aby kopiować hieroglify. Pracując przy wykopaliskach szybko się uczył, poznawał historię i wreszcie natrafił na historię młodego faraona, którego grób nie został jeszcze odkryty - Tutenchamona. Ulega wręcz obsesyjnemu pragnieniu odnalezienia jego grobu, wbrew opiniom wszystkich autorytetów, poszukiwaczy, złodziei zarówno egipskich jak i angielskich oraz wszystkich innych nacji szukających szczęścia i bogactwa w Dolinie Królów. Swoją obsesję karmi faktem, że nikt dotychczas nigdzie nie znalazł żadnych artefaktów z imieniem młodego faraona, zatem grób nie został jeszcze odkryty. Umiera ze strachu za każdym razem gdy okazuje się, że jakaś ekipa dokonała odkrycia nowego grobu, i z ulgą przyjmuje wiadomość, że to nie grób Tutenchamona. Pragnie być tym, który pokaże ostatniego faraona światu i czuje pradawną siłę, moc, która mu podpowiada ze to on został do tego wybrany.
Mimo całej mistyki Cartera, autor jego historię opowiada raczej beznamiętnie, przedstawiając odrobinę tylko sfabularyzowane fakty, jakby w obawie, że popuszczając wodze fantazji może naruszyć prawdę historyczną. Stąd w wielu miejscach fabuła się rwie lub przeskakuje jak igła po starej płycie winylowej. Na początku mnie to raziło, ale teraz znając całą historię doceniam ten zabieg i myślę, że taki a nie inny sposób prowadzenia narracji był zamierzonym efektem a nie wynikiem braku talentu autora.
Bowiem Howard Carter był człowiekiem bezkompromisowym, prostolinijnym, pewnym siebie i swoich racji. Nie potrafił posługiwać się fortelem ani pochlebstwem, mimo, że znał realia Egiptu początku wieku XX gdzie bakszysz był elementem powszechnie uznanym, widać w jego postępowaniu brak swobody w jego wręczaniu. Historia jego nieustającej walki z bezduszną biurokracją, arogancją poszukiwaczy przygód i skarbów, bezczelnością złodziei i przemytników budzi coraz większy podziw i sympatię dla Howarda, który wszystko co czyni robi nie dla pieniędzy, nie dla poklasku nie dla chwały ale skromnie i rzetelnie pragnie odnaleźć, zabezpieczyć, pokazać światu i przechować dla przyszłych pokoleń kulturę, sztukę i cywilizację kraju faraonów.
Śmierć Howarda Cartera, odrzuconego przez Anglików, bo życie spędził w Egipcie, choć dzięki niemu wiele skarbów trafiło do British Museum; odrzuconego przez Egipcjan bo był imperialistą choć dzięki niemu największe skarby Egiptu nie zostały zniszczone albo rozkradzione; odrzuconego przez naukowców, bo był niewykształcony, choć nikt nie miał odwagi podjąć za niego prac; odrzucony przez arystokrację, bo nie miał właściwego pochodzenia, choć walczył aby sponsorzy poszukiwań uzyskali zwrot kosztów, i jego pogrzeb, w którym uczestniczyło zaledwie kilka osób, był smutnym zwieńczeniem jego skromnego życia.

Christian Jacq, Na tropie Tutenchamona.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Łoskot

https://encrypted-tbn3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQ407gbb_Ms02TpyxIjtWpoj6Mbwipx01BOf-6zQt8gFmC0MHbA-QMoje zainteresowanie tą książką wywołała biblionetka.pl, a gdy zobaczyłem okładkę, wiedziałem że ta książka będzie moja. Już sam tytuł "Kamienna Ćma" jest intrygujący, a w połączeniu z motywem z okładki, pasującym jak ulał do Bajek Robotów Lema, stał się magnesem przyciągającym tak silnie, że nie potrafiłem się oprzeć.
Udałem się zatem do tego dziwnego świata, świata w którym pełniący służbę w pogranicznej strażnicy Beddeos, wykonuje swoje zadania starannie, choć ma wrażenie, że wydawanie raz na jakiś czas glejtów pozwalających na przekroczenie granicy jest zadaniem znacznie poniżej jego możliwości. Towarzyszy mu, w tej zapomnianej przez wszystkich strażnicy Tyfon, który jest czymś w rodzaju towarzysza, lokaja i robota remontowego jednocześnie, jest maszyną, ale został wyposażony w niebanalne, sarkastyczne poczucie humoru oraz zdolność zadawania celnych pytań, takie połączenie Rzeckiego, R2D2 oraz C3PO.
Beddeos, z czasem odkrywa wspomnienia, które każą mu przypuszczać że jest tu za karę i mimo obaw podejmuje wyzwanie zbadania okolicy, licząc, że w ten sposób odkryje swoją prawdziwą tożsamość. Okolica okazuje się być zamieszkała przez mnóstwo stworów i tworów i małych ludzi i obcych, zabawnych, przyjaznych, groźnych, a najbardziej zaskakujący jest Pilsh Durg. Pilsh Durg towarzyszy Beddeosowi, choć go praktycznie nie widać, wszędzie gdzie jest choć odrobina wilgoci.
Intrygujące, prawda? Bohater odkrywający własną historię, niezbadane środowisko, nadciągająca groźba, tajemnicze postaci o nieznanym nastawieniu; naprawdę udany początek.
Niestety, autor postanowił zawrzeć, w konwencji fantasy z elementami Sci-fi, niemal jak w StarWars, przekaz z nowoczesnej psychologii, że odpowiedzi na wszystkie pytania nosimy w sobie i wszelkie nasze ograniczenia istnieją tylko w nas. Samoświadomość jest kluczem do rozwiązania wszystkich zagadek i poradzenia sobie ze wszystkimi problemami.
I w ten sposób, z ciekawie zapowiadającej się baśni fantasy, wyszedł potworek, ni to bajka, ni to moralitet, w sumie nie wiadomo o czym.
Przyznaję, nie jestem fanem psychologii, i na pewno moja rezerwa do tej dziedziny sprawia, że staję się nazbyt krytyczny. Ale miałem kiedyś okazję być w środowisku, gdzie lider był prorokiem twierdzenia ze wszelkie ograniczenia tkwią w nas, i mimo kilku lat współpracy jakoś nie udało mi się przyjąć tej tezy jako własnej. Myślę, że jednak okoliczności, środowisko i warunki mają na nas niemały wpływ, nawet Pudzianowski gdy rzucił rywalizację Strong Man'ów to dla MMA a nie po to, żeby zostać primabaleriną.
W mojej ocenie trzepot Kamiennej Ćmy dał w efekcie ciężki łoskot.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Kapitan major kapitan major

Znacie Jacka Reachera? 
Ja go poznałem w piątek wieczorem. Typowy wojskowy, były wojskowy dla ścisłości. Kwadratowa szczeka, krótko ostrzyżone blond włosy. Wysoki i potężnie zbudowany - 195 cm i 110 kg muskułów, wyćwiczonych w sztuce walki. W obejściu raczej oschły, bezpośredni, w słowach oszczędny. Zamiast sentymetalizmu, pragmatyzm, zamiast przyjaciół alianci, zamiast przysługi rewanż. Gość mało sympatyczny i zdecydowanie lepiej mieć go po swojej stronie niż przeciwko.
Jacka poznajemy dość szybko, dość szybko przekonujemy się jaki jest, jak działa. Dość szybko też, Jack wplątuje się przypadkiem w śledztwo prowadzone przez FBI, co staje się początkiem historii trzymającej w napięciu, pełnej zwrotów akcji, intryg i podstępów, jak to w świecie służb, mafii, tajniaków i przestępców.
Ponieważ książka jest zdecydowanie godna polecenia postaram się uniknąć spoilerów. Mogę powiedzieć, że akcja toczy się wartko ale nie jednostajnie, bohaterowie są rysowani w sposób zdecydowany, ale nie są przerysowani ani operetkowo jednowymiarowi. Łatwo uwierzyć, że to ludzie z krwi i kości a nie wytwory wyobraźni autora opisane słowami. 
Autor nie dręczy nazbyt długimi opisami otoczenia, jest ich w sam raz tyle aby oddać atmosferę miejsca, uruchamia wyobraźnię czytelnika, nie przytłaczając jej nadmiarem szczegółów. W zależności od indywidualnych preferencji można albo wypełniać świat własnymi wyobrażeniami albo nie wdawać się w szczegóły tylko podążać za kryminalnym wątkiem opowieści, ścigając się z autorem kto pierwszy odpowie na pytanie "Kto zabił?". 
Są i inne pytania, są wątki poboczne, są sidequest'y i ślepe zaułki czyli wszystko to czego oczekujemy po dobrze napisanym thrillerze. Autor daje nam równe szanse, w wyścigu do rozwiązania zagadek, nie stosuje tricków nie-fair. Wiemy tyle, ile wie Jack. Rozwiązanie ostateczne jest o tyle zaskakujące co oczywiste. I mimo, że jest odrobinę zbyt ................ /spoiler wycięty/, to od jutra sięgam po inne książki z serii o Jacku Reacherze.
Czy można o thrillerze napisać, że to bajeczna książka?

Lee Child, Podejrzany.

środa, 30 maja 2012

Wybieram anioła

Radiowa Trójka namówiła mnie kiedyś za zakup książki "Nadchodzi". Doceniłem greps reklamowy aby zwiastować nadejście książki o takim tytule, zaufałem opinii ulubionej stacji ale okazało się, że "Nadchodzi" mi nie wchodzi. Poprosiłem zatem Adama, jako znawcę i konesera o polecenie inne pozycji Łukasza Orbitowskiego, okrzykniętego polskim mistrzem grozy. Adaś pożyczył mi "Wigilijne psy".
To również zbiór opowiadań, liczyłem więc, że raz-dwa przeczytam kilka opowiadań i ulegnę czarowi. Niestety nie poszło to raz-dwa i od oczarowania byłem bardzo odległy. Pierwsze trzy opowiadania - Serce kolei, Autostrada i Opowieść taksówkarska wyglądają tak, jakby autor zaczerpnął inspirację z taniego tabloidu w sezonie ogórkowym albo tygodnika okultystycznego. Czyje odbicie widać w oknie pustego przedziału? Dokąd jadą młodzi ludzie autostradą jak ze snu? Kim jest chłopiec na zdjęciach z wypadków? - tak mogły wołać tytuły oryginalnych artykułów. I podobnie jak artykuły w F***cie nic nie wyjaśniają, przedstawiają dziwną, frapującą historię zakończoną kilkoma płytkimi komunałami.
Na szczęście pojawia się potem Kacper Kłapacz - historia dłuższa i ciekawsza, gdzie postaci są nareszcie rysowane z należytą głębią, gdzie historia bohaterów, opowiadana w nieciągłej narracji uprawdopodabnia i wyjaśnia ich stan i zachowanie. Do tego historia toczy się w miejscu znanym mi z dzieciństwa, więc czytałem z pewnym sentymentem. Pewno przez sentyment czytałem dalej, choć autor sięgnął po rozwiązanie rodem z Denikena.
Kolejne 3 opowiadania: Wigilijne psy, Angelus i Lombard to najlepsze fragmenty tej książki. Angelus wręcz mi się podobał. Wreszcie pojawia się bohater, z którym można się utożsamić, na którym nam zależy, czy los którego chce się poznać.
Ostatnie dwa opowiadania Objawienia i Zmierzch rycerzy światła warsztatowo utrzymują już poziom poprzednich dwóch, jednak historie nie są już tak zajmujące. Pojawia się jednak w Objawieniach zdanie, które może być mottem każdego miłośnika książek (za wyjątkiem bibliotekarek i kolekcjonerów). Książka kochana to książka pomięta, to książka klejona po sto razy, z poplamionymi rogami, wytarta jak dupa po brzegach.
Nie uległem oczarowaniu, twórczość Orbitowskiego pełna ludzi i historii z marginesu, pełna knajpiano-pijacko-narkotycznych wizji, pełna bijatyk i krwi słabo do mnie przemawia. Autor uległ fascynacji przemocą, która zapełnia kartki jego książek, traktuje i przedstawia ją jak lekarstwo na stres, frustrację i złe samopoczucie. Co dziwne jest to lekarstwo dla obu stron i bitego i bijącego.
Myślę, że dużo lepszą lekturą byłoby rozwinięcie wątków Angelusa i/lub Lombardu do pełnej powieści, ale podobno recenzent to ktoś komu brak talentu by samemu tworzyć, zatem koniec.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Koniec wroga publicznego #1

Navy SEAL to najbardziej elitarny ze wszystkich elitarnych oddziałów specjalnych świata. SEALsi są najmocniejsi, najtwardsi, najbardziej wytrzymali ze wszystkich, umieją walczyć przy użyciu każdego rodzaju broni, skaczą na spadochronach, nurkują, latają helikopterami, pływają łodziami podwodnymi. Wyposażenie Navy SEAL jest inspiracją dla gadżetów Jamesa Bonda (z czasów przed D. Craigiem). A jednak siła, wytrzymałość, sprawność, nieustępliwość, wszechstronność, wiedza i celność nie wystarczą, zeby zostać SEALem, trzeba udowodnić, że pojęcia takie jak: honor, lojalność, solidarność i tajemnica stawia się ponad wszystko. Czy taki oddział mógł zostać wykorzystany do bezlitosnego zabójstwa? Taki wniosek można było wysnuć po początkowych doniesieniach na temat akcji w której zabito Osamę Bin Ladena.
Chuck Pfarrer, były SEAL, w książce Operacja Geronimo przedstawia historię której koniec wyznaczyła akcja o kryptonimie "włócznia Neptuna" - operacja zatrzymania przywódcy Al-Kaidy, najbardziej poszukiwanego człowieka świata. Przedstawia ją z punktu widzenia SEALsów. Być może dlatego rząd amerykański wyraził zdecydowany sprzeciw wobec tej książki.
Nic dziwnego w książce dostaje się wszystkim: rządom (zarówno republikańskim, jak demokratycznym), agencjom - CIA, FBI, NSA, politykom i generałom, nawet mediom. I dostaje się im słusznie, Pfarrer uzasadnia każdą opinię faktami. Jedynie Navy SEAL nie mają wad (poza jednym z historycznych dowódców). W sumie to jest jedyna słabość tej książki.
Autor przedstawia drogę, SEALów do Abbotabadu, kryjówki Bin Ladena, długą drogę od utworzenia do akcji, przedstawia obowiązujący system szkolenia, ogólny podział organizacyjny i sposób działania. Poznajemy również drogę Bin Ladena, którą dotarł w miejsce swojej śmierci. Jego historię, rodzinę, młodość, wykształcenie, charakter, osobowość i słabości fizyczne. Wszytko to przedstawione na szczegółowym tle historyczno-polityczno-kulturalno-religijnego konfliktu na bliskim wschodzie.
Mimo tego, że ten rys historyczny oraz charakterystyka głównych osób dramatu jest długi i szczegółowy czyta się niezwykle łatwo, arabskie i afgańskie nazwy nie mieszają się a wszystko układa się w logiczną całość. Książka nie trzyma w napięciu, bo wiemy jak się to skończyło, kto zabił, kto był bohaterem, a kto czarnym charakterem, jednak trudno się od niej oderwać i każda strona przynosi coś nowego i interesującego.
Sam opis operacji zajmuje zaledwie 55 stron w książce mającej ich 340, myślę, że to dobrze ilustruje specyfikę operacji specjalnych, kiedy bardzo długo dokonuje się rozpoznania, planowania i przygotowania akcji, a sama akcja jest szybka, zdecydowana, błyskawiczna i skuteczna. Po niej zresztą nikt, szczególnie nieprzyjaciel, nie powinien wiedzieć co się stało i kto to zrobił.
Koneserów zainteresuje również wyposażenie SEALsów, które dosłownie zadziwia, od broni ręcznej, przez osobiste wyposażenie elektroniczne, środki transportu dla każdego teatru działań (SEa, Air and Land), po środki walki elektronicznej. Kto mógłby się, na przykład, spodziewać, że strażnik nie usłyszy lądującego śmigłowca? I to nie najnowszej generacji.
Za najkrótszą recenzję może wystarczyć oświadczenie, że od nabycia do przeczytania książki upłynęło niespełna 40 godzin, wliczając w to czas na sen i firmowy bal karnawałowy.

piątek, 27 stycznia 2012

Kindżały i kałachy

Jestem fanem Wiedźmina, przyznaję bez oporów. Jestem uzależniony. Gdy sięgnę po sagę, muszę przejść całą fabułę od pojawienia się wędrowca w Wyzimie, po rozmycie się czółna we mgle. Unikałem więc utworów Sapkowskiego nie dotyczących Geralta, Yen, Ciri, Jaskra i całej reszty.
Jednak w okładce Żmiji jest coś hipnotyzującego, tytuł napisany literami stylizowanymi na arabskie, złoto prześwitujące spod napisu. Zdecydowałem się odchylić okładkę i błyskawicznie zostałem wciągnięty przez Sapkowskiego w inny świat, świat tym razem rzeczywisty choć nieznany, świat groźny i fascynujący, w świat wojny sowieckiej w Afganistanie.
Dotarłem wraz z Lewartem, głównym bohaterem, do środka konfliktu, jeśli można mówić o środku czegoś tak rozmytego jak wojna partyzancka. Sapkowski, tak jak tylko on potrafi, kreuje niewiarygodnie realny świat, którego można zaznać prawie tak, jakby się w nim było. Postaci, zdarzenia, miejsca, otoczenie, natura i przedmioty rysowane są zdecydowanie, ale bez nadmiernego kontrastu, szczegółowo, ale nie drobiazgowo. Tak w sam raz, żeby mieć wrażenie trzymania broni w swoich rękach, ale nie musieć uczyć się jej rozbierania i składania po ciemku. Wspaniale odtworzony jest wojskowy język, którym posługują się bohaterowie, a gdyby rusycyzmy i wojskowy żargon stanowiły problem, znajdziemy glosariusz który wszystko wyjaśnia. Stary dobry Sapek.
Opowieść rozwija się w dwóch wątkach, jeden to historia oddziału Lewarta, dzięki której poznajemy warunki w Armii Czerwonej, stosunki między szarżami i rodzajami jednostek, rozpad struktur dowodzenia i demoralizację wywołaną wojną, realia frontowe i relacje pomiędzy skazanymi na siebie nawzajem wrogami. Żeby przypadkiem nie sprzedać spoilera, powiem że losy oddziału śledziłem z zapartym tchem i na tym skończę.
Drugi wątek to mistyczno-historyczne wizje prowadzące Lewarta do tytułowej żmii i wiążące wielkich wodzów, wybitnych strategów ale wielkich zbrodniarzy i bezwzględnych zabójców od czasów antycznych do współczesnych. Tylko, że ten element jest słaby, autor miota się i trudno dociec czy to metafizyka czy narkotyczne wizje i dlaczego splatają się wreszcie w jedno w ponadnaturalny sposób. Nie mam nic przeciwko czarom, wiedźmińskim znakom, magicznym eliksirom i stworzeniami nie z tego świata, ale tu wyczuwam jakiś dysonans, który mi nie odpowiada.
Tym razem ocena jest i ambiwalentna i zdecydowana jednocześnie; jestem i oczarowany i rozczarowany, ale myślę, że każdy powinien sobie wyrobić własne zdanie.

środa, 4 stycznia 2012

Źródło natchnienia

Bardzo długo zwlekałem z sięgnięciem po tą pozycję. Obawiam się powiedzieć książkę. Listy na wyczerpanym papierze.
Jest jakaś część ludzkości, która uwielbia podglądanie i zerkanie za parawan i śledzenie. Ja za tym nie przepadam, bo można zobaczyć coś, czego się zobaczyć wcale nie pragnie.
A tu bohaterami są takie postaci jak Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. Największa poetka polskiej piosenki i wzorcowy Starszy Pan uosabiający wytworność i elegancję prawdziwego gentlemana.
Zaskakująca fortuna sprawiła, że ścieżki tych dwojga nosicieli niebywałego talentu splotły się w tym samym czasie. I połączyło ich uczucie, które od wieków było największym, najsilniejszym źródłem natchnienia. Uczucie, które, niezależnie czy szczęśliwie spełnione czy totalnie nieszczęśliwe stało za największymi dziełami ludzkości, szczególnie w domenie poezji. Dwoje poetów, dwoje arystokratów żywej, powszechnej, słuchanej i nuconej poezji przeżywa miłość, uczucie dające obojgu natchnienie. Miłość na serio i na lipę, miłość na odległość żelaznej kurtyny i stykających się naskórków, miłość spontaniczną i systematyczną, miłość trzeźwą i pijaną.
Nie próbujmy się zastanawiać czy ta miłość mogła skończyć się "a potem żyli długo i szczęśliwie", nie próbujmy dochodzić kto był winien. To nie jest ważne, tym bardziej że minęło od tego czasu prawie pół wieku. Cieszmy się, że przeżywali uniesienia, wahania, rozterki i dramaty. Owoce tej miłości przeżyły oboje, owoce tego uczucia zachwycają do dziś. Ich szczęście dało nam "Zobowiązanie" ich dramat dał nam "Podłą". Jeśli chcecie poznać kulisy ich powstania zajrzyjcie za parawan, sięgnijcie po "Listy...", jeśli wstyd wam podglądać, omińcie półkę z daleka. 
Wstyd się przyznać - podejrzałem tych dwoje, nie jestem z siebie dumny, jeśli też chcecie czytajcie, czytajcie, nie słuchajcie.